poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział X

 Taaa, wiem :P
Zrobiłam sobie krótką przerwę.
Postaram się dać jeszcze jeden rozdział w lipcu, ale się zobaczy ;)
___________________________________________
-Ale to na sto procent nic poważnego?- znowu, chyba setny raz się mnie pyta.
-Tak. Tylko jakieś lekkie złamanie, przemieszczenie, zwichnięcie czy tam obicie... Na sto procent nic poważnego.
-I tak dowalę temu sukinsynowi.
-Uspokój się. To nie rozwiąże problemu...
-To co mam robić? Na pewno nie będę bezczynnie stał i czekał na zbawienie.
-Nikt ci nie każe stać i czekać. Przecież i tak to są ostatnie dni, kiedy widzimy te parszywe twarze, tak?
-Niby tak...
Petera często trudno jest przeciągnąć na swoją stronę, ale raczej jest uległy, gdy się poda jakieś logiczne uzasadnienie. A najlepiej kilka.
Siedzimy znowu na dachu. Znowu nocą. Znowu monitorowani. Pewnie puszczają to gdzieś na żywo... Czekają, aż coś się wydarzy. Ale nie. Przepraszam Kapitolu, ale nie bedzie gorących pocałunków i całej reszty...
Ja kocham Gale'a. Chociaż nie wiem, czy on wciąż kocha mnie. Po tym wszystkim mam wątpliwości, czy w ogóle chce mnie znać.
Peterowi dali środki uspokajające i zagrozili, że jeżeli się nie uspokoi to coś tam coś tam. Poza tym, że mam nadgarstek prawej ręki cały obolały, nie mogę sama jeść, pić i robić innych rzeczy... Poza tym jest nawet dobrze.
-Chce ci się żyć? Próbować walczyć, kiedy wiesz, że masz marne szanse?
-Peter, co ty mówisz- odpowiadam z niedowierzaniem. Odwracam głowę w jego stronę, a on zerka na mnie, po czym spuszcza wzrok.
-Bo nie wiem, czy to w końcu ma sens. Ja nie mam dla kogo walczyć.
-A dla siebie? Swojej rodziny?
-Dla mnie? Nie jestem egoistą...Przecież i tak kiedyś muszę umrzeć- urywa. Bierze głęboki wdech.
-A rodzina?- pytam.
-Katniss, ja, odkąd wróciłem z areny nie mam rodziny.
-Jak to nie masz?
- Nie wiem, czy ludzi, którzy mnie wychowywali mogę nazwać rodzicami, czy moje rodzeństwo jest naprawdę moim rodzeństwem i czy ja jestem sobą.
Cisza.
-Po Igrzyskach było jeszcze gorzej niż przed, bo doszedł majątek. Odkryli to i zatracili się. Tylko dobra materialne liczyły się dla nich. Chcieli mi odebrać wszystko. Myślisz, że czemu zostałem trybutem? Chciałem uciec, umrzeć, a przy okazji uratować jednego nastolatka, którym sam byłem. Chciałem uciec od alkoholu, który przelewał się litrami oraz pasków, smyczy, rąk, pięści, trzasków rozbijanych butelek... To wszystko mnie przerastało. Takie mało interesujące moje życie. Żadnych uczuć, bo mnie nie nauczyli kochać. Żadnej skruchy, bo mnie nie nauczyli wybaczać. Żadnej słabości, bo liczyła się tylko siła. Nie byłeś silny, byłeś nikim. Zerem...

Słucham tego i serce mi się kraja. I że Peter, taka pozytywna osoba, tyle przeżyła? Wierzyć mi się w to nie chce.
-Jak to? Przecież nie widać po tobie, żeby cię bili butelkami, paskami, żebyś w ogóle był...- zaczęłam szukać wyjaśnienia.
-Żebym w ogóle był? Co, z patologii?
-Nie, nie to miałam na myśli. Tak czy siak nic nie widać...
-Nie?- odpowiedział pytając, a za razem odpowiadając.- Jesteś pewna?
Kręcę przecząco głową.
-To chodźmy gdzieś indziej. Pokażę ci coś- mówi i wstaje, po czym podaje mi rękę i pomaga wstać. Zchodzimy z dachu i idziemy do mojego pokoju.
-Nie zapalaj światła.
W sumię to dobrze myśli. Od razu każdy, kto przechodziłby na korytarzu zauważyłby strużki światła wychodzące spod drzwi. I okno. Nie ma zasłon ani innych bajerów, żeby zasłonić okno. Ogromne, szklane okno na pół ściany.

Peter odwraca się do mnie przodem i ściąga koszulkę. Nie wiem, czy mam na to patrzeć, czy z przyzwoitości się odwrócić. Jednak korci mnie, żeby popatrzeć.
Peter ściąga całą koszulkę i nawet w mroku jaki panuje na moim pokoju widzę białe wybrzuszenia pod jego szyją, na brzuchu, z boku...
Zaciskam lekko oczy i staram się zobaczyć więcej. Widzę jedną, dosyć dużą bliznę. Ciągnie się przez jego klatkę piersiową jak takie wstęgi, co dostają np. Miss. Jest grubsza od pozostałych. Zaczyna się na prawym ramieniu, a kończy w połowie lewego boku. Poza tym ma jeszcze kilka mniejszych.
-Śmiało- mówi widząc, że mrużę(jak to się pisze ;_;) oczy.
Spoglądam na niego. Na sto procent mam pytający wyraz twarzy. Innego raczej nie mogę mieć.
-No, nie krępuj się- dodaje z uśmiechem. Mnie jednak ta sytuacja raczej nie bawi. Siedzimy na łóżku w ciemności. To raczej nie jest dobre miejsce na ściąganie koszulki i dotykanie po brzuchu. Przynajmniej dla mnie.
Ale. On daje mi ten wewnętrzny spokój. Przy nim dostaję odwagi i energi by walczyć.
Powoli podnoszę lewą rękę i opuszkami palców dotykam największej z blizn. Akurat trafiło na odcinek na piersi.
Dziwne uczucie. Jak się tak to dotyka palcem, to czuć ewidentne wybrzuszenie. Bardzo dziwne uczucie.
Zjeżdżam palcem coraz niżej. Na brzuchu trudniej jest wyczuć tą jedną bliznę, ze względu na inne i twarde mięśnie. Powoli odsuwam palec.
Peter bez żadnego słowa odwraca się i widzę jego plecy. To najwidoczniej tutaj trafiały niepotrzebne butelki. Pełno małych, ale głębokich blizn. No i kilka siniaków po bujce z Peetą i strażnikami.
Straszne.
-Jak tak można- szepczę z niedowierzaniem.
Peter się odwraca i zakłada koszulkę z powrotem. Uff. Przeżyłam.
-Dobra, koniec tego dobrego- mówi.-Jutro wielki...no...Jutro męczący dzień.
Posyła mi uśmiech i wychodzi szepcząc "Dobranoc".
Ta...Dobra Noc. Trudno tak powiedzieć o nocy, której się nie przespało.
Rano od niechcenia idę na śniadania. Od niechcenia? Co ja mówię! Dałabym wszystko, żeby zobaczyć rozkwaszoną twarz Peety!
Siadam jak gdyby nigdy nic i po prostu zaczynam jeść. Przyszłam przed Peetą, więc muszę jeść odrobinę wolniej, o ile chcę go zobaczyć. Skubię lewą ręką bułkę, gdy nagle Effie (Znowu normalnie ubrana i uczesana!) pyta:
-Katniss, wszystko dobrze? Przepraszam za Peetę... On się strasznie zmienił. Nie poznaję go.
-Ja też-dodaje Haymitch.
Jakby to mnie interesowało. Ja jestem tu tylko ze względu na Peetę...i jego rozkwaszony nos.
Kiedy kończę już skubać bułkę, przychodzi Peeta.
-Gdzie ty byłeś?!- rzuca się Haymitch.
Peeta robi wystraszoną minę i odpowiada:
-Rozmawiałem. Przez telefon. Masz z tym jakiś problem?
Jak przez telefon? Czy ja się przesłyszałam? Można rozmawiać przez telefon???
Zrywam się z krzesła i biegnę na korytarz.
-Jest- mówię z ulgą i wręcz rzucam się na ten telefon. Wykrecam szybko numer do mamy Gale'a. Zdąrzyłam zdobyć ich numer, zapamiętać...A. No i kupić im ten telefon.
-Halo?- odbiera spokojnym głosem mama Gale'a.
-Dzień dobry. Czy mogę rozmawiać z Gale'em? To bardzo pilne.
Słyszę szelesty, skrzypiącą podłogę, a potem głos Gale'a:
-Tak?
-O Boże, Gale!
-O...To ty...
Ałć. Ta obojętność w jego głosie mnie zabija.
-Gale, proszę cię...To wszystko to było kłamstwo! Błagam cię...
Chwila ciszy. Głęboko wdycha i mówi:
-Katniss...To co było między nami...
-Było?- przerywam mu.
-I wciąż jest!- szybko się poprawia.- Spokojnie. Wciąż cię kocham i czekam na ciebie. A to co było wczoraj...To co pokazywali z tobą i tym Peterem, to ja wiem, że to wszystko to fotomontarz i kłamstwa...
-Ale...-już chcę się tłumaczyć.
-Katniss, przepraszam, ale już muszę kończyć. Trzymaj się. Do zobaczenia po Igrzyskach. Kocham cię.
-Ga...!- rozłączył się.
Wciąż mnie kocha. Myśli, że to fotomontarz...
Mam wyrzuty sumienia. Czuję, że nic nie mówiąc okłamałam go. Kocham go. Kocham go...
Kocham?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz