środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział IV

Przepraszam, że takie to krótkie, ale tak jakoś wyszło ;)
________________________________________________
Chyba się przesłyszałam. Przez te Igrzyska najwidoczniej mam jakieś schizy. No chyba, że rzeczywiście wracamy na arenę. Chcę się jednak upewnić, więc z niedowierzaniem wręcz krzyczę:
-Co?!
-Spokojnie -uspokaja mnie Peeta. Albo raczej próbuje mnie uspokoić. Jak mam być spokojna? Trzeci raz ktoś chce mnie... nas zabić.
Nikt by nie przewidział tego, że dwójka trybutów trzy razy pod rząd będzie na Igrzyskach. Nikt by, zapewne, nie przewidział, że coś się może stać któremuś z nich, akurat przed Igrzyskami. Nikt, prócz mnie.
-Kto ci to powiedział? -pytam spokojniej odwracając wzrok od przeszywającego wzroku Peety.
-Haymitch.
- I co? I tak spokojnie to przyjąłeś do wiadomości?
Stoi. Stoi i milczy. Kładę się z powrotem na łóżko myśląc, co mam powiedzieć. Coś muszę, bo Peeta przecież nic nie powie.
- Milczenie w niczym nie pomaga- mówię łagodny głosikiem. Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuuję:
- Zostawisz mnie z tym samą, tak? On chyba nie rozumie, jak bardzo pragnę teraz chociażby jednego słowa otuchy z jego strony. Nic do niego nie dociera.
- Idź po Hamitcha- mówię surowo. Nie mam do niego siły. Jest w szoku większym, niż ja. Teraz jednak nie mam czasu na smutek, strach i rozpacz. Najpierw muszę się dowiedzieć chociaż tyle, co Peeta. No i jeszcze wyjść ze szpitala, ale to jest tylko formalność. Peeta wychodzi.
Normalna Katniss teraz by grzecznie zaczekała na Haymitcha, według swoich myśli. Jednak ta Katniss, którą jestem teraz, nie posłucha się rozsądku. Co z tego, że myślę logicznie, skoro zrobię po swojemu. Dawniej tak by nie było.
Mój psycholog, doktor Aurelius, gdybym przeprowadziła z nim chociażby jedną rozmowę, dałby mi miano nieprzewidywalnej. Jako iż dawna Katniss nie istnieje już od dłuższego czasu, postanawiam posłuchać się tej nowej.
Szybko zrywam się z łóżka i podbiegam do szuflad, w których wcześniej grzebał Peeta. Nie wiem czego konkretnie szukam. Trzesące się ręce wszystko utrudniają. Po przeszukaniu trzech, albo czterech szuflad znajduję pudełeczko z skalpelami. Jest ich piętnaście. Biorę jeden do ręki i szybko chowam resztę. Wybrańca wkładam do kieszeni bluzy. Zamykam szufladę i wskakuję do łóżka. Przykrywam się kołdrą, tak żebym spokojnie mogła wyjąć skalpel z kieszeni. Czekam chwilę.
Samobójstwo to jest pewne posunięcie. Jestem tchórzem. Życie jest dla odważnych, a ja chce je skończyć, bo się boję. Jestem słaba.
Dotykam końcówką skalpela nadgarstek. Czuję zimny metal i lekki dreszczyk emocji. Skalpel się przesuwa po moim nadgarstku powoli. Wyjmuję rękę spod kołdry, żeby zobaczyć krew. Spokojnie płynie po mojej ręce. Kropelka po kropelce spadają na kołdrę. Robię kolejne nacięcie. Widok krwi sprawia mi przyjemność, a ból pozwala zapomnieć o rzeczywistości. Kolejne nacięcia to był moment.
Nagle z dwóch zrobiło się pięć. Z pięciu, siedem. Z siedmiu, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście i dwanaście. Dwanaście poziomych przecięć. Tracę dużo krwi, robi mi się słabo, jednak nie odpuszczę, dopóki nie skończę. Przechylam skalpel o dziewiędziesiąt stopni i robie ostatnie, trzynaste nacięcie wzdłuż żyły. Ostatnie co pamiętam to krzyki. Krzyki i ciemność.

1 komentarz: