Przez moją głowę przewija się miliony myśli. Wiem jednak, że o tej godzinie nic nie jestem już w stanie zrobić. Jutro, a tak właściwie to dzisaj, pójdę do Haymitcha. On napewno wie więcej niż ja.
Siadam na kanapie i próbuje zasnąć. Chce żeby ranek nadszedł jak najszybciej. Patrzę na drobinki kurzu wirujące w cienkich strumieniach blasku księżyca. Nagle coś zakłuca grobową ciszę. Słyszę stukot. Nie. To brzmi jak pazury. Jaskier! Gwałtownie odwracam głowę, gdy słyszę syknięcie, ale dopiero po chwili zaczynam wierzyć w to, że jest żywy.
Oglądam ślady pazurów jakiegoś dzikiego zwierza na jego ciele. Musiał pokonać pieszo całą drogę z Trzynastki. Może go stamtąd wyrzucili, a może po prostu nie mógł wytrzymać bez Prim, więc ruszył na poszukiwania.
-Widzę, że nad tobą czuwa- mówię lekko uśmiechając się z myślą o Prim.- Szkoda zachodu, nie ma jej tutaj. Możesz syczeć do woli.-Jaskier znowu syczy.-Naprawdę jej nie ma. I tak nie znajdziesz Prim.- Ożywia się, słysząc jej imię, stawia położone uszy i zaczyna miałczeć z nadzieją.- Nie ma jej tu!- krzyczę.- Wynocha!- Robi unik, żeby nie dostać poduszką.- Zjeżdżaj! Nie ma tu już nic dla ciebie!- Zaczynam się trząść, wściekam się na niego.-Ona nie wróci! Już NIGDY nie wróci!- Chwytam następną poduszkę i wstaję, żeby lepiej wycelować, a wtedy znienacka zalewam się łzami.
-Nie żyje. -Kucam i zaczyna się kołysać niczym psychopata.- Ona nie żyje, ty durny, rudy kocie. NIE ŻYJE!
Wydobywa się ze mnie nowy dźwięk, po części płacz, po cześci śpiew. W ten sposób daję wyraz rozpaczy. Jaskier także zaczyna zawodzić. Nieważne co robię, on i tak nie odchodzi. Krąży wokół mnie przez resztę bezsennej nocy. Na pewno wie, że stało się coś niewyobrażalnego, i żeby przetrwać, trzeba robić to, co dotąd było nie do pomyślenia.
Znowu siadam w bujanym fotelu, ale tym razem nie wpatruję się w płomienie. Z ognia został tylko szary, rozżażony popiół.
Nad ranem przychodzi Sae. Podaje mi śniadanie i siada naprzeciwko.
- Katniss -mówi wzdychając.- Ja rozumiem, że trudno jest ci wrócić do normalnych czynności. Idź się przejść, weź łuk i kołczan-mówi wskazując wzrokiem na karton, który wcześniej przyniosłam.- Zdecydujesz tam, co chcesz robić, bo od dziś masz zakaz siedzenia w tym oto fotelu.
Jej uśmiech jest na tyle zaraźliwy, że mój humor się poprawia w mgnieniu oka. Patrzę na nią oczami pełnymi podziwu.
Chwytam kołczan, łuk i plecak z bułkami z serem.
Nie pytam się, skąd je ma. Jakoś mało mnie to teraz interesuje, czy Peeta je piekł, czy ktoś inny. Posyłam Sae uśmiech na pożegnanie i zamykam za sobą drzwi. Pierwszy raz od paru tygodni jestem na podwórku. Zamykam oczy i delektuję się chyba wiosennym wiatrem. Wychodzę za furtkę mojego domu i zastanawiam się, czy nie iść do Haymitcha. Po krótkiej chwili namysłu postanawiam jednak pójść na Łąkę z zamiarem wyjścia poza bramy Dwunastego Dystryktu. Nieopodal placu napotykam ekipy osób w maskach i rękawiczkach, a także konie przypięte do wozów. Zajmują się przetrząsaniem tego, co tej zimy ukrywało się pod śniegiem. Zbierają szczątki.
Kompletny brak chociażby najmniejszego szacunku do nieboszczyków. Czekali całą zimę po to, żeby łatwiej im było zbierać ciała. Osobiście byłabym wściekła, jakby mnie po śmierci tak potraktowano, a na koniec wrzucono niestarannie do drewnianego wozu.
Przed domem burmistrza rozpoznaję Thoma, starego kompana Gale'a. Pamiętam, że widziałam go w Trzynastym Dystrykcie, ale najwyraźniej powrócił na stare śmieci. Wita się ze mną i dzięki temu zbieram się na odwagę.
- Znaleźli tutaj kogoś?
- Całą rodzinę i dwie osoby, które tu pracowały- informuje mnie Thom.
Madge. Cicha, dobra i odważna dziewczyna. To ona ofiarowała mi broszkę, od której wzięło się moje przezwisko. Z wysiłkiem przełykam ślinę i staram się powstrzymać łzy.
-Sądziłam może, że skoro był burmistrzem...
- Wątpię, żeby to mu pomogło - oświadcza Thom.
Chwilę patrze się na ziemię i zbieram się na kolejny krok w stronę odwagi. Do moich oczu napływają łzy. Nie. To przez śmierć Madge, a nie przez Gale'a. Poza tym, on mnie nie chce znać.
-A wiesz, co z...-przerywam. Głos mi się łamie na tyle, że nie mogę wypowiedzieć żadnego słowa.
- W Drugim Dystrykcie - odpowiada.
Podnoszę wzrok i kieruję go na twarz Thoma.
- Specjalnie wysłał kogoś do Dwunastego Dystryktu, żeby poinformować nas o jego pobycie w Dwójce. Nawet znalazł tam całkiem całkiem pracę.
Czyli żyje. Przestrząsam swoje wnętrze. Usiłuję wyczuć złość, nienawiść, lecz natrafiam wyłącznie na tęsknotę i ulgę.
- Wszystko z nim dobrze?
- Nie do końca- bierze mnie pod rękę i prowadzi na ławkę- W dniu egzekucji Snowa, Gale zgłosił się na twojego ochroniarza. Ktoś musiał wziąć to stanowisko, jednak ludzie bali się. Było to szczególnie niebezpieczne ze względu na uzbrojonych zwolenników Snowa...
Po dosyć wyczerpującej odpowiedzi Thoma dowiedziałam się, że w momencie wymierzenia strzałą w Snowa zwolennicy zaczęli przepychać się przez tłum, po mnie. Gale i inni odważni opanowali sytuację bez zbędnego przedłużania. Tak sprawnie im to poszło, że nic nie zauważyłam, prócz Coin i późniejszego "ataku" ludzi zebranych na placu przed posiadłością prezydenta. Gale i inni, którzy przeżyli, trafili do szpitala. Brak miejsc doprowadził do tego, że Gale trafił do Dwójki. Nie jest w stanie pracować w kopalni, więc został w Drugim Dystrykcie, gdzie ma pracę, którą może wykonywać.
Cały swój monolog gestykulował co najbardziej przyczyniło sie do moich łez.
-Przestań- mówi obejmując mnie. - Nie mogę patrzeć, jak kobieta płacze.
-Dziękuję za wszystko - ledwo odpowiadam uwalniając się z jego uścisku.
Idę przed siebie, starannie omijając wzrokiem ładunki na wozach. W całym mieście i na Złożysku sytuacja wygląda identycznie. Trwają żniwa umarłych. Łąka znikła, a przynajmniej została drastycznie przeobrażona. Wyryto w niej głęboki dół, który robotnicy zapełniają kośćmi. W ten sposób powstaje masowy grób moich rodaków.
Okrążam wykop i wkraczam do lasu w tym samym miejscu co zawsze, ale to już bez znaczenia. Ogrodzenie nie jest pod napięciem, dla ochrony przed drapieżnikami podpierają je długie gałęzie.
Zastanawiam się nad wyprawą nad jezioro, ale jestem tak osłabiona, że ledwo udaje mi się dotrzeć do starego punktu spotkań z Gale'em. Często miałam już takie zawroty głowy i duszności, po powrocie z Kapitolu. Siadam na kamieniu, na którym filmowała nas Cressida, ale głaz jest zbyt szeroki bez Gale'a u mojego boku. Kilka razy zamykam oczy i liczę do dziesięciu, zastanawiając się, czy go zobacze, gdy je otworzę. Przecież często materializował się bezszelestnie. Muszę sobie przypomnieć, że Gale jest teraz w Dwójce. Pewnie całuje inne usta.
Mimo tego, że w pewnym stopniu wybrałam Peetę, to jestem zazdrosna o Gale'a. Kogo ja oszukuje. Gale nie jest mi obojetny. Peeta tak samo.
***
Dawna Katniss uwielbiała takie dni. Słońce lekko grzeje, ptaki śpiewają, w lesie jest zielono jak nigdy...
Ale dawna Katniss już nie istnieje.
Kiedy wracam do ogrodzenia, czuję się fatalnie i kręci mi się w głowie. Staram się iść, jednak wydaje się to zbyt trudne. Podpieram się na Thomie, który widząc mnie ledwo idącą, podbiegł.
-Katniss, wszystko dobrze? - pyta zaniepokojony. Ja jednak nie odpowiadam. Moje wargi są zbyt ciężkie, tak samo jak powieki. Głowa, ręce i cała moja reszta też nie są za lekkie.
-Katniss -lekko podnosi głos Thom. Ja znowu milczę. Nie mam siły.
-Katniss! -krzyczy. Ja jednak dłużej nie daję rady iść i upadam. Nastaje ciemność.
A jednak "Kosogłos" nie zakończył trylogii "Igrzyska Śmierci". Od pewnego momentu "Kosogłosa" pisana zostaje IV część trylogii. Wszystko wręcz identyczne, prócz autorki i toku myślenia.
sobota, 19 kwietnia 2014
Rozdział II
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz