piątek, 30 stycznia 2015

Rozdział XI

 W tym rozdziale poznacie Peetę gwałciciela ;3
Od samego początku go nie lubiłam, więc...
___________________________________
-Masz?
-Mam.
-To do zobaczenia jutro. Tylko nie zapomnij!
-Dobrze, dobrze.
Mamy wszystko. Zwinęliśmy kilka broni z sali ćwiczeń, sporo jedzenia do plecaków, ubrania... Możemy uciekać. Możemy przeżyć już nie Igrzyska Śmierci, lecz możemy przeżyć życie. Na początku będzie trudno, ale damy radę. Z naszymi zdolnościami...

Jutro wieczorem wychodzimy. Nie żegnamy się, ani nic. Po prostu wychodzimy. A gdzie idziemy? Najpierw Peter chce wstąpić do swojej rodziny. Tak bardzo nalegał, prosił, a nawet błagał na kolanach, aż w końcu się zgodziłam.
Nie wiem, czemu mu tak zależy, ale mniejsza o to. On natomiast zgodził się, żebyśmy wstapili do Gale'a.
Jak widać nikt nie jest bezinteresowny.
O dziwo normalnie zasypiam nie dręcząc się myślami z serii: a co jeśli coś tam.
Rano budzę się w swoim pokoju, ale nie na łóżku, tylko na podłodze. Zacnie. Brawo Katniss. Chcesz uciekać na ulicę, walczyć, a masz problemy ze wstaniem z łóżka. Istny APLAUZ.
-Hah, oj Katniss- mówię do siebie.
Podnoszę się i siadam owijając biodra kołdrą.
Słyszę pukanie do drzwi. Kogo to niesie o...10 nad ranem. Dobra, nie zauważyłam godziny. Trochę sobie pospałam, ale w sumię to i dobrze, bo raczej jak uciekniemy to dużo nie pośpię.
-Otwarte- mówię obojętnym głosem. Kiedy drzwi ostrożnie się otwierają odwracam głowę i widzę...Peetę. CZEGO TA POCZWARA TU SZUKA?!
-Co chcesz?- rzucam gniewnie.
-Ja...- zaczął.-J-jjjaa...P-ppprzyszłem po-ooggadac...
Odwracam się z powrotem do okna. Jakoś nie chce mi się patrzeć na jego poobijaną twarz.
-Niby o czym?
-Jjjaa...
-Ogarnij się...
-Ppp...
Nagle się wysłowić nie umie. Normalnie bym teraz wstała i go wygoniła w taki sposób, że by wyleciał z pokoju w podskokach. Ale. No właśnie. "Ppp..." a potem krótkie "rzee..." i cisza. Przepraszam... Gdyby nie to by leciał, albo raczej czołgał się.

-Myślisz, że powiesz "przepraszam" i po sprawie? Nie. To nie tak działa.
Wstaję i podchodzę do niego bliżej.
-Nie tak- powtarzam.
Zaciska zęby i podchodzi bliżej. Robi to tak szybko, że się odruchowo kulę. Zaciska pięści i spuszcza wzrok.
-Jeszcze wiele musisz się nauczyć- mówi już pewnym siebie głosem.- Moje przeprosiny zawsze, ZAWSZE się przyjmuje.
Chwyta mnie za nadgarstki i opiera o najbliższą ścianę. Nasze twarze dzieli jakieś 15 centymetrów.
Co to ma być?! Przychodzi, kuli się, a tu nagle... Co jest?!
-Puść mnie- mówię szeptem odwracając twarz.
-PATRZ NA MNIE!
-NIE MAM OCHOTY!- wykrzykuję i odpycham go silnym kopnięciem w brzuch. Upada na ziemię i uderza głową o podłogę. Lekko krwawi z nosa, ale w porównaniu z tym, co było ostatnio, to nic.
Chwytam koc i szybko wybiegam z pokoju owijając się nim.
-STÓJ!
Nie wiem co się z nim dzieje. Może to kolejny efekt uboczny osaczania?
Może Kapitol go kontroluje?
To nie jest Peeta.
Szybko wbiegam do windy i widzę przez zamykające się drzwi Peetę wybiegającego z pokoju.
Dobra, na 9 piętro...
Nie, nie do Petera.
Do Molly.

Wybiegam z windy ładnie opatulona w koc. W połowie korytarza zaczynam krzyczeć:
-Molly! Otwórz, szybko! BŁAGAM!
Dochodzę do jej drzwi, a ona po chwili je otwiera. Cała się trzęsę i nie jestem w stanie nic powiedzieć.
Molly rozgląda się na korytarzu i szybko zamyka drzwi na klucz.
Bierze mnie pod rękę i prowadzi do łóżka. Siada obok i gładzi mnie po włosach.
-Spokojnie, Kat.
Kat... Przecież tak mówi do mnie Peter. Tylko Peter... Dobra, pomijam. Są z tego samego Dystryktu, więc...No.
Pobiegłam do Molly. Czemu? Bo jest to jedyna osoba, prócz Petera, która mnie widziała. Dużo o niej opowiadał mi Peter. Jaka to jest silna i odważna. Jak uciekła od swojego chłopaka, który się nad nią znęcał...
-Zaczekaj tutaj... Idę po Petera. Jak Peeta go dopadnie, to będzie kiepsko- mówi i szybko wybiega z pokoju. Już chcę krzyczeć "Nie, błagam! Zostań! Boję się!", ale jest już za późno. Biorę drugi koc i szybko idę w kąt pokoju. To jest jeden z wielu sposobów, na znalezienie się w pokoju bez klamek. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam się trząść.
-Już jeste...- urywa widząc w jakim jestem stanie.
Chowam głowę między kolana. Molly zsuwa się po ścianie siadając obok mnie, a Peter szybko zamyka drzwi na klucz i siada na rogu łóżka. Gwałtownie podnoszę głowę, bo wydaje mi się, że słyszę tupot stóp.
-Katniss!
Szybko się zrywam z miejsca i rozglądam po pokoju. Dobiegam do drzwi łazienki i otwieram je.
Siadam za umywalką, znowu w kącie. Obejmuję kolana i przymykam oczy.
-Kat, spokojnie. Wieczorem zobaczymy go po raz osta...-przerywa Molly głośne dobijanie się do drzwi.
-WIEM, ŻE TAM JESTEŚ!
Peter wbiega do łazienki.
-Mogę mu coś zrobić?
-Przecież specjalnie ciebie tutaj wzięłam, żebyś nie zrobił krzywdy Peecie! No weź czasem pomyśl...
Okej. A więc dwie wiadomości. Jedna szokująca, a druga śmieszna. Śmieszna to taka, że Molly wzięła Petera, żeby nie zrobił krzywdy Peecie, a ja myślałam, że chodzi o to, żeby Peeta nie zrobił nic Peterowi. A szokująca, że Molly powiedziała "zobaczymy", co oznacza, że też ucieka.
W sumię to fajny plan obmyślił Peter. Szkoda tylko, że nie powiedział mi całości. Zapomniał o pewnym, małym szczególe. O tym, że mogę mieć coś przeciwko. Oczywiście nie mam, bo Molly to naprawdę bardzo miła i warta uwagi osoba.
Chwilę potem Peter znowu wchodzi do łazienki.
-No proooszę-mówi dziecięcym głosikiem po czym robi minę zbitego szczeniaka.
-Uh, jak z dzieckiem. Możesz do niego wyjść pod warunkiem, że nie zrobisz mu chociażby najmniejszego siniaka.
-Ale...
-Nie ma żadnych ale- przerywa mu Molly.- Powiedziałam choćby najmniejszego siniaka i zdania nie zmienię.
Spuścił głowę i postanowił wyjść, kiedy Molly wypowiadała ostatnie słowa.

Z korytarzu słychać kilka krzyków, po czym Peter wraca tak szczęśliwy, jakby nagle znalazł się w Disneylandzie. Tak, w Disneylandzie. Peter mimo swoich dwudziestu lat z groszami na karku wciąż ma umysł i tok myślenia dziesięciolatka.
-Nafuczał się i poszedł- informuje nas z uśmiechem.
Przez następne kilka godzin siedzę na łóżku Molly i słucham przeróżnych opowieści.
Jak to Peter kiedyś zgubił się w lesie, a Molly, która była i jest dla niego jak starsza siostra go znalazła, a potem nastraszyła mówiąc, że nie pamięta drogi. Tak na serio to znała, ale od zawsze kochała robić mu kawały.
Albo jak Molly prawie ucięła sobie palec ścinając zboże.
Dowiedziałam się, że bardzo dużo ich łączy i dzieli. Dopełniają się.
Kiedy zapytali się o mnie, powiedziałam, że świetnie mi się słucha ich opowieści. Bo w sumię tak było.
Po południu wyszłam, żeby móc się jeszcze przygotować.
Teraz siedzę i myślę, co jeszcze spakować do plecaka schowanego w szafie.
Pukanie do drzwi. Znowu.
Nie odzywam się.
Wcale nie jest otwarte.
To znaczy teoretycznie. Bo praktycznie zgubiłam klucz do pokoju.
Do pokoju gwałtownie wchodzi Peeta.
-Myślisz, że jak będziesz tak siedzieć to coś zrobisz? Da to coś?
-N-nnnnie...j-jjja...-jąkam się.
Peeta pochodzi i podnosi mnie, bo sama mimo jego próśb nie wstaję.
Znowu chwyta mnie za nadgarstki i opiera na ścianie.
Znowu nasze twarze dzielą nieliczne centymetry.
Znowu się boję, ale nie odwracam wzroku.
Peeta zaczyna mnie całować po szyi. Kiedy jego wargi stykają się z moją szyją odskakuję, albo raczej próbuję, bo jestem uwięziona między ścianą, a Peetą.
-Peeta, ja wiem, że to nie ty- mówię przerażona szeptem.
-Ależ to jak najbardziej ja- odpowiada.
Chwyta mnie rękami w talii i zjeżdża do bioder.
-Peeta, przestań.
-Ciiiicho.
Podjeżdża rękami do góry unosząc moją koszulkę.
-Peeta! P-ppprzestań!
Zaczynam stawiać opór. Nie będzie ze mną robił, to co chce. Przywiera do mnie jeszcze mocniej, a kiedy zaciska mocniej ręce na moim brzuchu, nie wytrzymuję. Znika strach przed tym, że nikt nie przyjdzie i Peeta zrobi się bardziej agresywny.
-POMOCY! POMOCY!- krzyczę.
________
Tak, wiem. Jestem dziwnym człowiekiem xD.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz