A jednak "Kosogłos" nie zakończył trylogii "Igrzyska Śmierci". Od pewnego momentu "Kosogłosa" pisana zostaje IV część trylogii. Wszystko wręcz identyczne, prócz autorki i toku myślenia.
sobota, 10 maja 2014
Rozdział VI
Diagnoza?
Miałam przejściową tachykardię związaną z moją ogólną nerwowością. Doszło do zatrzymania akcji serca w związku z omdleniem i przestaniem oddychania. Jeżeli w najbliższym czasie nie będę się tak denerwować to będzie dobrze.
Wyszłam już ze szpitala i jestem u siebie. Peeta nie odstępuje mnie na krok, nawet w nocy. Słodko wygląda jak śpi na podłodze...
Dzisaj ma być komunikat związany z Igrzyskami. Wszyscy siedzą w domach i czekają.
W końcu po południu włączają się wszystkie telewizory w Dystryktach i Kapitolu. Wraz z Peetą i Hamitchem, który nas odwiedził stoimy przed telewizorem. Widzimy posiadłość, w której kiedyś mieszkał prezydent Snow. Paylor wchodzi na balkon. To z tego balkonu spadła Coin. Tuż za nią stoi Plutarch. Oby dwoje są ubrani na biało. Paylor ma obcisłą sukienkę do kolan. O dziwo daje rade chodzić w dziesięcio centymetrowych obcasach. Plutarch natomiast ubrany jest w garnitur. Nawet krawat ma biały.
- Witajcie! Wszyscy zapewne czekali godzinami na ten komunikat. A więc dłużej nie przyciągając- zaczyna Plutarch. Zaprasza ręką Paylor, a ta podchodzi i kontynuuje:
-Igrzyska były organizowane przez 75 lat. Podczas tych trzech ćwierć wieczy zginęły setki, a nawet tysiące niewinnych, młodych ludzi. Wliczamy do tego również liczne powstania i bombardowania. Teraz, będą to ostatnie Igrzyska. Pragniemy nimi pomścić poległych.
Tłum jest zachwycony. Niczego innego nie można było się spodziewać po mieszkańcach Kapitolu.
-Trybuci będą wybierani na zasadzie, kto został w pamięci Kapitolińczyków, jak bardzo nas zaskoczyli-mówi Paylor.
Mimo, że od jakiegoś czasu wiedziałam, że pojadę na Igrzyska emocje robią swoje. Wyślizguję się z ramion Peety i upadam na ziemię. Zakrywam twarz rękoma. Nie krzyczę. Śpiewam.
Nie potrafie wytłumaczyć, czemu śpiewam. Po prostu uspokaja mnie to. Peeta upada na kolana obok mnie i znowu mnie obejmuje.
-Katniss, spokojnie-mówi szeptem. Podnoszę głowę i wręcz rzucam się w jego ramiona histerycznie płacząc i śpiewając. Haymitcha w ogóle to nie ruszyło. Usiadł sobie na kanapie i popija rum.
Próbuje pokazać, że już dobrze wychodząc z objęć Peety. Ocieram łzy, poprawiam włosy i wstaję. Nogi mam jak z waty, więc siadam na kanapę obok Haymitcha. Peeta również wstaje i siada obok mnie.
-Czemu jesteś taki spokojny? Przecież Ciebie też mogą wybrać- mówi Peeta.
-Chłopcze. Mam ponad 40 lat. A poza tym to jeżeli mnie wybiorą to ty się zgłosisz na ochotnika. Jestem bezpieczny- tłumaczy obojętnie. Wbija wzrok we mnie i patrzy się dopóki nie odwrócę głowy.
-Racja- szepcze Peetą opuszczając głowę.
-Peeta- mówię lekko przerażona. Zrobił dla mnie tyle i jeszcze na koniec odda za mnie życie.
-Spokojnie- mówi przybliżając się do mnie. Obejmuje moją twarz swoimi rękoma i odgarnia palcami kosmyki włosów, które zasłaniają moją twarz. Zbliża się twarzą, dopóki nie dotykamy się czołami. Spuszczam wzrok. Serce mi pęka jak patrzę mu w oczy.
-Katniss, ja zrobię dla ciebie wszystko.
Wszystko.Czuję jego ciepły oddech. Nie wiem, co do niego czuję. Kapitol tak manipulował moimi uczuciami i całą mną, że sama już się gubię.
Peeta przybliża swoje usta do moich. Jeszcze się nie dotknęły, a już czuję emitujące z nich ciepło. Lekko się stykają, a ja spanikowana gwałtownie odwracam głowę.
-Co się stało? Coś zrobiłem nie tak? -pyta zaniepokojny Peeta. Ja milczę. Zrywam się z kanapy i biegnę przed siebie. Biegnę do lasu. Gdzieś muszę uciec.
Siedzę na ogromnym kamieniu, kiedy słyszę szelesty dochodzące zza moich pleców. Nic mnie one nie interesują. Tak samo jak ich przyczyna. Orientuję się, że ktoś idzie z prawej strony, więc odwracam głowę w lewo. Siedzę tu kilka godzin w samotności i raczej nie pragnę towarzystwa. Postać siada obok mnie. Chwilę milczy.
-Katniss...-szepcze. Głos wydaje się mi znajomy, jednak nie reaguję.
-Katniss- mówi pewniej. Ja wciąż nie reaguję. Nagle nieznajomy kładzie swoją dłoń na mojej. Gwałownie wyciagam ją z objęć i odskakuję odwracając się.
-Gale- mówię z nadzieją. Rzucam mu się na szyję, a on podnosi mnie.
-Hej, Kotna.
-Gdzieś ty był?- mówię szczęśliwa. Wtulam się w niego i zamykam oczy. Czuję się całkowicie bezpieczna. Wiem, że mogę mu zaufać.
-Byłem wszędzie. Ale wciąż nie znikałem z twojego serca- mówi uśmiechając się.
-Jesteś bardzo pewny siebie.
Wybuchamy śmiechem. Czuję się w jego ramionach jak mała dziewczynka. One są potężne i silne, a ja mała i krucha.
-Tęskniłem-poważnieje. Nachyla się. Nie mam teraz uczucia niepewności. Wiem, że tego chcę. Przechodzą mnie przyjemne dreszcze.
Nasze usta się stykają. Na początku to tylko niewinne bawienie się swoimi wargami. Takich pocałunków to ja miałam miliony. Gale jednak postanawia zrobić krok do przodu. Na początku jestem lekko zdezorientowana, a nawet przeszywa mnie strach, ale jakoś się odnajduję w nowej sytuacji. Obejmuję rękoma twarz Gale'a, żeby przypadkiem mi nie uciekł.
Tego momentu nigdy nie zapomnę. Nie zapomnę jak całowałam się z Galem, który trzymał mnie na rękach. To był prawdziwy pocałunek. Szczery pocałunek. Nie wymuszony przez Kapitol pocałunek.
Oderwaliśmy swoje usta od siebie i zetknęliśmy czołami.
-A teraz zamknij oczy- mówi i poprawia mnie na swoich rękach. Zamykam oczy wedle rozkazu. Idziemy dłuższy czas, ale mi to nawet odpowiada. Cieszę się z każdej chwili spędzonej w jego ramionach. Brakowało mi ich. Kiedy docieramy na miejsce jest już późno i słońce powoli zachodzi. Wiem to, bo Gale pozwolił mi otworzyć oczy. Stawia mnie na ziemi, lecz trzyma za rękę. Chce mnie trzymać przy sobie.
-Spokojnie, nie ucieknę- mówię z szaleńczym uśmiechem na twarzy.
-O to się raczej nie martwię- odpowiada. -Widzę ten uśmiech. Ty coś kombinujesz.
Gale zabrał mnie nad jezioro. O zachodzie słońca to miejsce jest wprost magiczne. Ciągnę Gale'a bliżej tafli wody po czym popycham go do jeziora.
-Ja wiedziałem, że ty coś knujesz!- krzyczy roześmiany. - A teraz chodź tu- mówi wychodząc z wody.
-Nie ma mowy- mówię odbiegając od tafli, ale Gale łapie mnie i znowu niesie na rękach. - To nie fair!
-Jak to nie?
-Bo ja ciebie nie podniosę-tłumaczę wyrywając się. Tak czy tak ląduję w wodzie. Podpływam do brzegu i wychodzę.
-Gdzie się wybierasz?
-Poczekaj.
Cały czas się śmiejemy. Ściągam buty i skarpetki. Resztę i tam mam doszczętnie przemoczoną. Gale idzie w moje ślady i ściąga buty, skarpetki i koszulkę. Widać jego mięśnie. Mam jeszcze większą ochotę wtulenia się do nich. Wchodzę z powrotem do wody. Rozkoszuję się tą chwilą. Zamykam oczy i w momencie izoluję się od świata, który mnie otacza. Nagle Gale podpływa od tył i mnie obejmuje.
-Przepraszam- zaczyna.
-Za co?
-Nie powinienem był zostawiać ciebie.
-Ale to nie twoja wina, że wylądowałeś w szpitalu!- mówię odwracając się w jego stronę. Jego dłonie wciąż mnie obejmują w tali.
-Tak właściwie to dosyć szybko doszłem do siebie. Rehabilitacje też długo nie trwały. Ja nie chciałem tutaj wracać. Do wspomnień, ruin...-wymienia.
Właśnie sobie wszystko przypomniałam. Kiedy przyszedł Gale zapomniałam o wszystkim. O Igrzyskach, Peecie, śmierci... Liczył się tylko on. Spuszczam głowę.
-Katniss, co się dzieje?- pyta zaniepokojony.
Milczę. Widocznie nic nie wie. Lepiej, żeby teraz nie wiedział. To zabije jego szczęście.
Wzdycha i odwraca mnie w stronę zachodzącego słońca po czym opiera brodę na moim ramieniu. Stoimy w ciszy. Podziwiamy bajeczny zachód słońca i cieszymy się sobą.
Kiedy słońce całkowicie znika za horyzontem wychodzimy z wody.
-Przydałoby się wrócić do domu- mówię.
-Wolisz wrócić do domu, czy zostać ze mną tutaj i spędzić noc pod gwiazdami?
-Kusząca propozycja- odpowiedam z uśmiechem. Podchodzę do niego.
-Poczekaj tutaj chwilkę-mówi.
Odchodzi na moment i wraca z namiotem, kocami i ręcznikami.
-Ty to wszystko uknułeś!
-A to źle?- pyta uśmiechnięty składając namiot.
Namiot stoi nim się obejrzę. Biorę ręcznik, wycieram się. Owijam się recznikiem i odwracam się w stronę jeziora...
_________________________________________
Następny rozdział, w związku z tym, że kończą mi się gotowe rozdzialy, będzie 28 maja.
:D
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz