wtorek, 27 maja 2014

Rozdział VII

 Według obietnicy ~ VII rozdział 28 maja :D
_________________________________________________________
Budzę się w ramionach Gale'a. Leżymy w namiocie przykryci kocem. Biorę głęboki wdech i się przeciągam. Póki jeszcze mogę, kładę głowę na jego piersi i rozkoszuję się śpiewem ptaków.
-Witaj - mówi uśmiechnięty i wzdycha. Podnoszę głowę i obracam się na brzuch. Podpieram twarz rękoma i patrzę na niego jak jeszcze przysypia.
-Niewyspany?
-No trochę- mówi. -Ty pewnie też.
-Ja akurat jestem wypoczęta. Dawno tak dobrze mi się nie spało- zaprzeczam.
Znowu wzdycha. Wkłada ręce pod głowę i otwiera oczy. Przygląda mi się uważnie po czym stwierdza:
-Nawet jak jesteś rozczochrana, to jesteś piękna- mówi nawijając moje włosy na palec.
Leżymy tak jeszcze chwilę, aż w końcu z niechęcią przypominam, że trzeba wrócić.
-No niestety trzeba- odpowiada Gale. Pochmurniał. Nie podoba mu się opcja z powrotem.
-Ale mi nigdzie się nie spieszy- dodaję uśmiechnięta.
-Zauważyłaś, że zachowujemy się jak banda dzieci?- mówi roześmiany.
-Zauważyłam.
-Jak na twój wiek to wiesz...- przerywa. Nie daję mu dokończyć lekko szturchając łokciem.
-Ja ci zaraz dam, "Jak na twój wiek". Przypominam ci, że jesteś starszy o 2 lata.
-Ale ja się wolniej starzeję- odpowiada.
Drażnimy się ze sobą jeszcze przez jakiś czas, po czym zbieramy wszystkie rzeczy i już mamy zamiar iść, kiedy Gale niespodziewanie chwyta mnie i skacze do jeziora.
-No pięknie- mówię. -Teraz wrócimy cali mokrzy.
-Coś w tym złego? Przynajmniej zapamiętasz to wszystko na dłużej.
Wychodzimy i idziemy do domu. Rozmawiamy o wszystkim co się działo, ale ja nie wspominam o Igrzyskach. Akurat, jak transmitowali powiadomienie związane z nimi Gale był poza domem.
Kiedy stoimy już pod moją furtką Gale przyciąga mnie do siebie i mówi:
-Chciałbym, żeby takich nocy było więcej.
-Nie przesadzaj-odpowiadam z śmiechem. - Bo jeszcze się przyzwyczaisz.
Gale nachyla się, żeby mnie pocałować, ale ja odginam się do tył, bez skutku.
-Nie tutaj Gale- mówię rozbawiona.
Nagle słyszymy pojedyńcze oklaski. Gwałtownie się obracamy.
-Peeta- mówię speszona.
-Hej, Gale. Nie wiedziałem, że jednak postanowiłeś wrócić- mówi wściekły. - A ty Katniss...- podchodzi z cwanym uśmieszkiem. - Mnie nie chcesz pocałować, a z nim spędzasz noc? Wiesz, że się martwiłem? Ale widocznie niepotrzebnie.
-Peeta, przestań- mówię opuszczając głowę. Gale wciąż mnie trzyma w swoich objęciach.
-Świetna strategia. Na pewno dzięki temu przetrwasz długo- śmieje sie.
-O czym ty mówisz?- pyta zdziwiony Gale.
-O, widzę, że Katniss nic ci nie powiedziała.
Peeta podchodzi bliżej i odwraca się do mnie po czym kontynuuje:
-Pora chyba wszystko mu powiedzieć.
-Katniss, o czym on mówi?
-Gale...Bo ja...- nie potrafię powiedzieć. Jąkam się, głos mi się łamie. Gale przytula mnie mocniej i mówi do Peety:
-Idź już.
-Do zobaczenia na arenie, Katniss- kończy Peeta i odchodzi.
Wybucham płaczem. Cały dzień byłam taka szczęśliwa, a on to wszystko zniszczył. Musiał mi uświadomić to, że długo z Gale'em nie będę.
-Spokojnie- mówi gładząc mnie po włosach. - Wszystko się ułoży.
-Ułoży?! Kiedy?!- krzyczę rozpaczliwie.-Nic nie będzie już dobrze! Teraz idę na arenę, żeby z niej nie wrócić!
-Nie mów tak!-denerwuje się Gale. Ściska mnie mocniej, jakby nie chciał już nigdy puścić.
Wyrywam się z jego objęć i biegnę do pokoju. Zamykam drzwi i siadam obok nich głośno szlochając.
Gale siada po drugiej stronie drzwi i mówi:
-Katniss, otwórz...
Milczę. Nie wiem co powiedzieć.
-Katniss, proszę ciebie...
Po kilkunastu minutach podnoszę się i uchylam drzwi. Zaglądam na korytarz i widzę Gale'a. Otwieram całkowicie drzwi i siadam obok niego.
-Przepraszam- mówię ocierając łzy.
Gale nic nie mówi. Po prostu przytula mnie. To mi wystarcza, aby zapomnieć o całym świecie.
-Za tydzień muszę być w Kapitolu. Będą wybierać tam trybutów.
-Mogę pojechać z tob...
-Nie- przerywam mu.
-Dasz radę. Wygrasz i wrócisz do domu, do mnie.
-Gale...Ja nie chcę wracać.
-Przestań.
-Przepraszam...
Milczymy. Nie chcę wracać. Nie ma taty, Prim, mamy... Nie ma dawnej mnie i połowy Dwunastego Dystryktu.
-Katniss, masz niespełna 19 lat. Tyle przeżyłaś, tyle walczyłaś po to, aby w ostatniej chwili się poddać?

sobota, 10 maja 2014

Rozdział VI


Diagnoza?
Miałam przejściową tachykardię związaną z moją ogólną nerwowością. Doszło do zatrzymania akcji serca w związku z omdleniem i przestaniem oddychania. Jeżeli w najbliższym czasie nie będę się tak denerwować to będzie dobrze.
Wyszłam już ze szpitala i jestem u siebie. Peeta nie odstępuje mnie na krok, nawet w nocy. Słodko wygląda jak śpi na podłodze...
Dzisaj ma być komunikat związany z Igrzyskami. Wszyscy siedzą w domach i czekają.
W końcu po południu włączają się wszystkie telewizory w Dystryktach i Kapitolu. Wraz z Peetą i Hamitchem, który nas odwiedził stoimy przed telewizorem. Widzimy posiadłość, w której kiedyś mieszkał prezydent Snow. Paylor wchodzi na balkon. To z tego balkonu spadła Coin. Tuż za nią stoi Plutarch. Oby dwoje są ubrani na biało. Paylor ma obcisłą sukienkę do kolan. O dziwo daje rade chodzić w dziesięcio centymetrowych obcasach. Plutarch natomiast ubrany jest w garnitur. Nawet krawat ma biały.
- Witajcie! Wszyscy zapewne czekali godzinami na ten komunikat. A więc dłużej nie przyciągając- zaczyna Plutarch. Zaprasza ręką Paylor, a ta podchodzi i kontynuuje:
-Igrzyska były organizowane przez 75 lat. Podczas tych trzech ćwierć wieczy zginęły setki, a nawet tysiące niewinnych, młodych ludzi. Wliczamy do tego również liczne powstania i bombardowania. Teraz, będą to ostatnie Igrzyska. Pragniemy nimi pomścić poległych.
Tłum jest zachwycony. Niczego innego nie można było się spodziewać po mieszkańcach Kapitolu.
-Trybuci będą wybierani na zasadzie, kto został w pamięci Kapitolińczyków, jak bardzo nas zaskoczyli-mówi Paylor.
Mimo, że od jakiegoś czasu wiedziałam, że pojadę na Igrzyska emocje robią swoje. Wyślizguję się z ramion Peety i upadam na ziemię. Zakrywam twarz rękoma. Nie krzyczę. Śpiewam.
Nie potrafie wytłumaczyć, czemu śpiewam. Po prostu uspokaja mnie to. Peeta upada na kolana obok mnie i znowu mnie obejmuje.
-Katniss, spokojnie-mówi szeptem. Podnoszę głowę i wręcz rzucam się w jego ramiona histerycznie płacząc i śpiewając. Haymitcha w ogóle to nie ruszyło. Usiadł sobie na kanapie i popija rum.
Próbuje pokazać, że już dobrze wychodząc z objęć Peety. Ocieram łzy, poprawiam włosy i wstaję. Nogi mam jak z waty, więc siadam na kanapę obok Haymitcha. Peeta również wstaje i siada obok mnie.
-Czemu jesteś taki spokojny? Przecież Ciebie też mogą wybrać- mówi Peeta.
-Chłopcze. Mam ponad 40 lat. A poza tym to jeżeli mnie wybiorą to ty się zgłosisz na ochotnika. Jestem bezpieczny- tłumaczy obojętnie. Wbija wzrok we mnie i patrzy się dopóki nie odwrócę głowy.
-Racja- szepcze Peetą opuszczając głowę.
-Peeta- mówię lekko przerażona. Zrobił dla mnie tyle i jeszcze na koniec odda za mnie życie.
-Spokojnie- mówi przybliżając się do mnie. Obejmuje moją twarz swoimi rękoma i odgarnia palcami kosmyki włosów, które zasłaniają moją twarz. Zbliża się twarzą, dopóki nie dotykamy się czołami. Spuszczam wzrok. Serce mi pęka jak patrzę mu w oczy.
-Katniss, ja zrobię dla ciebie wszystko.
Wszystko.Czuję jego ciepły oddech. Nie wiem, co do niego czuję. Kapitol tak manipulował moimi uczuciami i całą mną, że sama już się gubię.
Peeta przybliża swoje usta do moich. Jeszcze się nie dotknęły, a już czuję emitujące z nich ciepło. Lekko się stykają, a ja spanikowana gwałtownie odwracam głowę.
-Co się stało? Coś zrobiłem nie tak? -pyta zaniepokojny Peeta. Ja milczę. Zrywam się z kanapy i biegnę przed siebie. Biegnę do lasu. Gdzieś muszę uciec.
Siedzę na ogromnym kamieniu, kiedy słyszę szelesty dochodzące zza moich pleców. Nic mnie one nie interesują. Tak samo jak ich przyczyna. Orientuję się, że ktoś idzie z prawej strony, więc odwracam głowę w lewo. Siedzę tu kilka godzin w samotności i raczej nie pragnę towarzystwa. Postać siada obok mnie. Chwilę milczy.
-Katniss...-szepcze. Głos wydaje się mi znajomy, jednak nie reaguję.
-Katniss- mówi pewniej. Ja wciąż nie reaguję. Nagle nieznajomy kładzie swoją dłoń na mojej. Gwałownie wyciagam ją z objęć i odskakuję odwracając się.
-Gale- mówię z nadzieją. Rzucam mu się na szyję, a on podnosi mnie.
-Hej, Kotna.
-Gdzieś ty był?- mówię szczęśliwa. Wtulam się w niego i zamykam oczy. Czuję się całkowicie bezpieczna. Wiem, że mogę mu zaufać.
-Byłem wszędzie. Ale wciąż nie znikałem z twojego serca- mówi uśmiechając się.
-Jesteś bardzo pewny siebie.
Wybuchamy śmiechem. Czuję się w jego ramionach jak mała dziewczynka. One są potężne i silne, a ja mała i krucha.
-Tęskniłem-poważnieje. Nachyla się. Nie mam teraz uczucia niepewności. Wiem, że tego chcę. Przechodzą mnie przyjemne dreszcze.
Nasze usta się stykają. Na początku to tylko niewinne bawienie się swoimi wargami. Takich pocałunków to ja miałam miliony. Gale jednak postanawia zrobić krok do przodu. Na początku jestem lekko zdezorientowana, a nawet przeszywa mnie strach, ale jakoś się odnajduję w nowej sytuacji. Obejmuję rękoma twarz Gale'a, żeby przypadkiem mi nie uciekł.
Tego momentu nigdy nie zapomnę. Nie zapomnę jak całowałam się z Galem, który trzymał mnie na rękach. To był prawdziwy pocałunek. Szczery pocałunek. Nie wymuszony przez Kapitol pocałunek.
Oderwaliśmy swoje usta od siebie i zetknęliśmy czołami.
-A teraz zamknij oczy- mówi i poprawia mnie na swoich rękach. Zamykam oczy wedle rozkazu. Idziemy dłuższy czas, ale mi to nawet odpowiada. Cieszę się z każdej chwili spędzonej w jego ramionach. Brakowało mi ich. Kiedy docieramy na miejsce jest już późno i słońce powoli zachodzi. Wiem to, bo Gale pozwolił mi otworzyć oczy. Stawia mnie na ziemi, lecz trzyma za rękę. Chce mnie trzymać przy sobie.
-Spokojnie, nie ucieknę- mówię z szaleńczym uśmiechem na twarzy.
-O to się raczej nie martwię- odpowiada. -Widzę ten uśmiech. Ty coś kombinujesz.
Gale zabrał mnie nad jezioro. O zachodzie słońca to miejsce jest wprost magiczne. Ciągnę Gale'a bliżej tafli wody po czym popycham go do jeziora.
-Ja wiedziałem, że ty coś knujesz!- krzyczy roześmiany. - A teraz chodź tu- mówi wychodząc z wody.
-Nie ma mowy- mówię odbiegając od tafli, ale Gale łapie mnie i znowu niesie na rękach. - To nie fair!
-Jak to nie?
-Bo ja ciebie nie podniosę-tłumaczę wyrywając się. Tak czy tak ląduję w wodzie. Podpływam do brzegu i wychodzę.
-Gdzie się wybierasz?
-Poczekaj.
Cały czas się śmiejemy. Ściągam buty i skarpetki. Resztę i tam mam doszczętnie przemoczoną. Gale idzie w moje ślady i ściąga buty, skarpetki i koszulkę. Widać jego mięśnie. Mam jeszcze większą ochotę wtulenia się do nich. Wchodzę z powrotem do wody. Rozkoszuję się tą chwilą. Zamykam oczy i w momencie izoluję się od świata, który mnie otacza. Nagle Gale podpływa od tył i mnie obejmuje.
-Przepraszam- zaczyna.
-Za co?
-Nie powinienem był zostawiać ciebie.
-Ale to nie twoja wina, że wylądowałeś w szpitalu!- mówię odwracając się w jego stronę. Jego dłonie wciąż mnie obejmują w tali.
-Tak właściwie to dosyć szybko doszłem do siebie. Rehabilitacje też długo nie trwały. Ja nie chciałem tutaj wracać. Do wspomnień, ruin...-wymienia.
Właśnie sobie wszystko przypomniałam. Kiedy przyszedł Gale zapomniałam o wszystkim. O Igrzyskach, Peecie, śmierci... Liczył się tylko on. Spuszczam głowę.
-Katniss, co się dzieje?- pyta zaniepokojony.
Milczę. Widocznie nic nie wie. Lepiej, żeby teraz nie wiedział. To zabije jego szczęście.
Wzdycha i odwraca mnie w stronę zachodzącego słońca po czym opiera brodę na moim ramieniu. Stoimy w ciszy. Podziwiamy bajeczny zachód słońca i cieszymy się sobą.
Kiedy słońce całkowicie znika za horyzontem wychodzimy z wody.
-Przydałoby się wrócić do domu- mówię.
-Wolisz wrócić do domu, czy zostać ze mną tutaj i spędzić noc pod gwiazdami?
-Kusząca propozycja- odpowiedam z uśmiechem. Podchodzę do niego.
-Poczekaj tutaj chwilkę-mówi.
Odchodzi na moment i wraca z namiotem, kocami i ręcznikami.
-Ty to wszystko uknułeś!
-A to źle?- pyta uśmiechnięty składając namiot.
Namiot stoi nim się obejrzę. Biorę ręcznik, wycieram się. Owijam się recznikiem i odwracam się w stronę jeziora...
_________________________________________
Następny rozdział, w związku z tym, że kończą mi się gotowe rozdzialy, będzie 28 maja.
:D

czwartek, 1 maja 2014

Rozdział V

 Przepraszam za ten rozdział :C
Nudzę, nudze i jeszcze raz nudzę.
Ale obiecuję, że następny rozdział będzie ciekawszy i dłuższy :D
 ______________________________________________
Podnoszę głowę i rozglądam się po pokoju. Nikogo nie ma. Dziwne, bo myślałam, że od razu wezmą mnie za jakąś psychopatkę. Próbuje wstać popierając się na rękach, jednak nie jestem w stanie tego zrobić. Ból w lewej ręce jest okropny. Kładę się z powrotem i zerkam na nią. Pełno szwów. No tak. Przecież mnie uratowali. Znowu dopada mnie bezsilność. Chciałam żyć spokojnie, nie. Jadę na Igrzyska. Chciałam umrzeć, nie. Muszę żyć. Muszę żyć, po to, żeby zginąć. Taka jest logika Kapitolu.
Jestem po prostu pionkiem w grze nazywanej "Życiem".
Wpatrzona w sufit i zamyślona nawet nie zauważam kiedy wchodzi Haymitch. Jest wściekły. Widzę to. O dziwo jest trzeźwy.
-Na cholerę chciałaś się zabić -zaczyna nieprzyjemnie. Już chce odpyskować, jednak on nie daje mi
dojść do słowa szybko dodając:
-To było pytanie retoryczne.
- Po co tu przyszedłeś? Chcesz mi narobić wyrzutów, czy pomóc w kolejnej próbie zabicia się?
Z jego twarzy znika zawzięcie. Najprawdopodobniej zrozumiał co tak właściwie chciałam osiągnąć przez samobójstwo. Siada na taborecie i odpowiada:
-Przyszedłem ci wszystko wytłumaczyć.
-No to czekam -mówię obojętnie.-Zamieniam się w słuch- kończę.
- To nie będą w stu procentach te Igrzyska, które organizowano przez 75 lat. Cały pomysł możemy zawdzięczać Paylor i Plutarchowi.
Paylor i Plutarch... A ja, głupia im ufałam. Myślałam, że są po mojej stronie. Że są przeciwko Igrzyskom Śmierci. Niesamowite, jak człowiek może się mylić.
-Chcą w ten sposób podziękować wszystkim ofiarom powstań, igrzysk i bombardowań- kontynuuje.
-Czyli chcą kolejnych ofiar, żeby...Przecież to jest nielogiczne.
-To jest logika Kapitolu, Katniss- odpowiada. [(To je logika Kapitol, tego nie ogarniesz xD)] Chwilę milczy zastanawiając się, co powiedzieć- Pomijając. Wprowadzą wiele zmian. Nikt nie wie czego się spodziewać.

***

Peeta wchodzi do pokoju wraz z lekarzem. Nim się obejrzę, stoją koło mojego łóżka.
Lekarz bada mnie stetoskopem. W sali panuje grobowa cisza mimo to, że jest nas tutaj czwórka. Dziwnie się czuję. Wszyscy tylko co chwila zerkamy na siebie, aby zobaczyć co kto robi.
Ciszę przerywa lekarz wzdychając. Jak na człowieka było to bardzo głośne wdechnięcie. Chwilę po tym zaczyna:
- Tachykardia. 
Wszyscy patrzymy się na niego otępiałym wzrokiem. Chyba zrozumiał nasz przekaz, bo zaczyna tłumaczyć, co to tachykardia.
-Tempo bicia serca ponad 100 uderzeń na minutę. Czyli tachykardia. Najczęściej nie są niebezpieczne. Powoduje zawroty głowy, a nawet omdlenia. Do przyczyn może należeć podniesienie adrenaliny, albo stres, co jest najbardziej prawdopodobne w pani przypadku.
Ściąga stetoskop z swojej szyi, kładzie go na półce i ponownie podchodzi. Karze mi przejść na wózek. Waham się, ale w końcu siadam na niego. Haymitch pcha wózek i już prawie jesteśmy przy drzwiach na korytarz, kiedy Peeta spanikowany podbiega i chwyta za wózek. Wszyscy się na niego patrzymy.
-Gdzie ją bierzecie? -szybko pyta.
-Eh.-Wzdycha lekarz.- Biorę ją na badanie. To długo nie potrwa. Spokojnie.
Peeta patrzy się na mnie, dopóki nie zamykają się drzwi.
Po badaniu wracam z Haymitchem do sali. Jedziemy korytarzem, który jest pusty. Ani jednej żywej duszy.
-Czemu Peeta nie mógł z nami iść?
-Sieje zbędną panikę.- odpowiada.
Kiedy wjeżdżamy do sali widzę Peetę siedzącego na moim łóżku i nerwowo ruszającego palcami. Automatycznie widząc nas zrywa się i pyta:
-I co? Wszystko dobrze?
-Na razie jeszcze pożyje-odpowiada żartobliwie Haymitch.
-Ja się poważnie pytam...-mówi Peeta spuszczając wzrok.
-Lekarz powinien za niedługo przyjść i powiedzieć co z Katniss. Teraz pozwólcie iż się oddalę.- Mówiąc to podchodzi do szafki i chce wyjąć kolejną butelkę z alkoholem, jednak tam nic nie ma. Zdziwiony pyta się:
-Nie wiecie przypadkiem co się stało z zawartością tej szuflady?
Peeta i ja uśmiechamy się pod nosem i kręcimy przecząco głową.
-Dobrze-mówi jeszcze bardziej zdziwiony.-W takim razie wychodzę z pustymi rękoma.
Odprowadzamy wzrokiem Haymitcha do drzwi po czym patrzymy się na siebie. Peeta podchodzi i siada na moim łóżku, tuż obok mnie. Wzdycha i łapie mnie za rękę.
-Błagam, nie rób więcej tego.
-Czego?
-Nie zostawiaj mnie.